Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > KREATYWNI: Marta Kalinowska, Siła niewiary

KREATYWNI: Marta Kalinowska, Siła niewiary

2011-03-31 mra
Zapraszamy do lektury jednego z ostatnich tekstów, jakie wezmą udział w wielkim finale konkursu KREATYWNI. Autorką reportażu "Siła niewiary" jest 23-letnia Marta Kalinowska.
  • Przypominamy, że - zgodnie z regulaminem konkursu KREATYWNI - najlepsza praca roku zostanie wyłoniona podczas plebiscytu internetowego, który będzie miał miejsce od 1 do 30 kwietnia 2011 roku. Kto zostanie szczęśliwym posiadaczem laptopa, dowiemy się w maju.
SIŁA NIEWIARY

.html

Boże Narodzenie wywołuje u nich i poczucie radości, i niezadowolenie z dwóch tysięcy pytań, które padną przy świątecznym stole. Do najgroźniejszych i tych najbardziej znienawidzonych należy niewinne: "Może w tym roku pójdziesz na pasterkę?". Po stanowczej odmowie usłyszą tylko: "Bój się Boga".

Ale jak bać się kogoś, kto nie istnieje?

Niedziela. Pierwszy, a może ostatni dzień tygodnia, przeznaczony odgórnie na odpoczynek, modlitwę i delektowanie się domową niszą, zakłócaną wyłącznie przez bliskich przyjaciół domu. Dla nich to zwyczajny dzień pracy, ostro zakrapianych spotkań towarzyskich czy tygodniowych zakupów.

- Kościół? - pyta Michał. - Nie byłem od ośmiu lat. - Oddawanie czci nienamacalnej sile wśród fanatycznie zachowujących się ludzi, którzy wstają, siadają i klęczą na zawołanie? Bzdura! - dodaje Kasia.

Historia o Bogu jest jednym wielkim melodramatem, czyli Kasia wierzy w ludzi

Kasia. Dwudziestodwuletnia, atrakcyjna studiująca dziennikarka. Niedziele spędza na spotkaniach z przyjaciółmi, przygotowaniach autorskiej audycji, czasami wyjeżdża za miasto z chłopakiem lub spontanicznie organizuje imprezę, ściągając do klubu także te wierzące koleżanki. Nie wierzy w Boga, ponieważ nie ma takiej potrzeby.

- Wierzę w istnienie rzeczy, które mogą dotknąć, a jeśli nie mogę tego zrobić - nie wierzę. Nie mówię o powietrzu, bo choć go nie widzę, inni udowodnili, że ono istnieje, czuję jego podmuch. A Bóg? Kto może poświadczyć, że nad nami czuwa?

Kasia z pewnością siebie opiera się na krześle, gotowa wytoczyć najcięższe działa, w których amunicją są mocne argumenty.

- A cuda, niesamowite ozdrowienia, nieprawdopodobne zbiegi okoliczności uważane za przeznaczenie? - pytam zadziornie.

- Wierzę w ludzi. Człowiek jest na tyle kreatywny, że nie musi wierzyć, że modlitwą zapewni sobie zdrowie, szczęście czy miłość. Jedni są tak zatraceni w swojej wierze, że nie dbają o zdrowie, zaniedbują ciepły strój, nie zwracają uwagę na witaminy, jakich musimy dostarczać naszym organizmom, bo są pewni, że wymodlą sobie długowieczność. To szaleństwo.

Kasia ma za sobą minipakiet sakramentów. Ochrzczona, bierzmowana, kilkakrotnie przyjęła komunię, przedzierając się przez sakrament pokuty, który rozwściecza ją najbardziej w chrześcijańskich obrządkach. Za nielogiczne uważa przyznawanie się do słabostek komuś, kto w braku silnej woli przerasta ją o głowę.

- Jestem człowiekiem, który urodził się z popędem, potrzebami i hormonami, które generują moje zachowanie. Dając im upust, staram się nikogo nie krzywdzić, nikomu też nie obiecywałam, że będę działała przeciwko swojej naturze. Ksiądz - tak. I ja mam się spowiadać takiemu człowiekowi? - pyta.

Małżeństwo planuje. W urzędzie stanu cywilnego, oczywiście. A gdyby mąż nalegał?

- Weźmiemy kościelny, to dozwolone. Po prostu odpuszczę sobie tę nic nieznaczącą formułkę, przez którą Kościół nie godzi się na rozwody.

Z chrztem dzieci chce poczekać, aż same będą na tyle dorosłe, by wybrać drogę, którą chcą podążać w życiu.

- Po co zmuszać dziecko, by wierzyło, jeśli nie ma na to ochoty?

Sama narzucania wiary doświadczyła ze strony rodziców. Dwadzieścia dwa lata temu, kiedy zawierali związek małżeński, nie do pomyślenia było, aby poważna znajomość nie zakończyła się ślubem kościelnym. I choć nie należą do przykładnych katolików celebrujących każdą niedzielę, spowiadających się regularnie i wznoszących modły do swoich patronów - wierzą. Wierzą i próbują nakłonić do wiary Kasię.

- W dzisiejszych czasach człowiek poradzi sobie ze wszystkim. Nie musi wierzyć - odpowiada.

I sobie radzi. Z lawiną pytań, w co wierzy, ze zdziwieniem rówieśników, kiedy przyznaje się do niewiary, z uczestnictwem na mszach, kiedy bierze udział w ślubach przyjaciół, czy z dyskusjami z osobami po pięćdziesiątce, którzy uważają ją za wyklęte dziecko szatana. Tylko wtedy, gdy trafia na fanatycznych wyznawców Chrystusa czuje się dyskryminowana.

- To jest komiczne. Starsi ludzie, którzy hołdują przykazaniom wyraźnie wzywającym do szacunku i miłości do bliźniego, w jednej chwili potrafią zmieszać cię z błotem, wyzywając od satanistów. To jest właśnie wiara, od której się odcinam. Witamy w katolickiej Polsce.

Bóg jednak nie jest wszechmogący, czyli Michał wierzy w naukę

- I teraz pomyśl: skoro Bóg jest wszechmogący, to czy może stworzyć tak ciężki głaz, którego sam nie byłby w stanie podnieść?

Michał patrzy mi głęboko w oczy, nie oczekując nawet odpowiedzi. Jakkolwiek by brzmiała, będzie zaprzeczeniem wszechmocy Boga.

 - Skoro nie jest wszechmogący, może nie jest także wszechwiedzący? A jeśli już mamy kilka zaprzeczeń, to może także sam Bóg jest wyłącznie bohaterem przekazywanej od pokoleń bajki, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością?

Michał, dwudziestoośmioletni doktor fizyki z Poznania, ma własną koncepcję powstania świata.

- Jakieś 13 miliardów lat temu miał miejsce Wielki Wybuch, dzięki któremu z gęstej osobliwości, czyli punktu, który był skupiskiem materii i energii wyłonił się wszechświat, czyli czas, energia, materia. Na początku wszechświat składał się z energii o nieprzyzwoicie wielkiej gęstości, ogromnej temperaturze i olbrzymim ciśnieniu, jednak wraz z jego rozszerzaniem te nieprawdopodobne wielkości zaczęły maleć. Tak właśnie powstał świat - nie było żadnego "pyk", po którym powstało niebo, "pyk", które wprowadziło wody i "pyk", za którym nadeszły zwierzęta i rośliny. Powstanie świata to miliardy lat ewolucji, przekształceń, przystosowań.

Dziewczyny, z którymi się spotykał często były przerażone wizją wiązania się z ateistą.

- Niejednokrotnie uspokajałem swoją dziewczynę, że weźmiemy ślub, że ochrzcimy dzieci, że będzie mogła chodzić z nimi do kościoła, że będzie mogła tłumaczyć im, że Wielkanoc to nie tylko lukrowane baranki i czekoladowe króliczki. Pomagało. Dziwi mnie ludzkie podejście - to, że nie wierzę, nie oznacza, że zabronię wierzyć innym. Nie zabraniam, ta wiara mnie po prostu śmieszy.

Święta obchodzi, bo wierzą jego rodzice. Na Wigilię jest dwanaście potraw, wspólne kolędowanie, przepełniona prezentami podłoga pod choinką i rodzinne wyjście na Pasterkę, z którego corocznie się wyłamuje. Zamiast pójścia do kościoła wybiera spotkanie z kolegami, którzy zjeżdżając do rodziny na święta chętni są do odnawiania starych kontaktów.

- Co wtedy robicie?

- Naiwne pytanie. Pijemy - odpowiada ze śmiechem. - Dla mnie, jako dla osoby niewierzącej to dzień jak każdy inny. Skoro przyjeżdżają koledzy, dlaczego nie mamy się spotkać i napić? Te dni pozbawione są dla mnie jakiegokolwiek sacrum. Wstrzemięźliwość jest więc zbędna.

Michał zaczął odwracać się od Boga, mając trzynaście, może czternaście lat. Zainteresowany wszechświatem przez swojego nauczyciela geografii chłonął wręcz artykuły ujawniające jak powstał kosmos. Geneza świata i istnienia spowodowały, że zaczął fascynować się fizyką. Skoro odkrył, że świat powstał przez Wielki Wybuch, wszystkie opowieści serwowane mu przez rodziców, katechetów i księży stały się dla niego nic nieznaczącymi, przepełnionymi irracjonalizmem bajkami. Zaczął stawiać kłopotliwe pytania na lekcjach religii, konsekwentnie domagając się naukowych uzasadnień. Po kolejnych wymijających odpowiedziach zrezygnował z katechezy, później - z przestrzegania przykazań i przyjmowania sakramentów.

- Rodzice byli zszokowani. Najpierw myśleli, że zwerbowała mnie jakaś sekta, później, że nagadali mi czegoś koledzy w szkole. Ale kiedy zacząłem argumentować, wiedziałem, że są pod wrażeniem. Oni wierzyli, by byli tak nauczeni. Ja nie wierzyłem, bo nie pozwalała mi na to nauka.

Nie ogarniam, czyli Kris po prostu nie wierzy


Kris ma 24 lata. Był barmanem, pracownikiem McDonalds'a, ankieterem telefonicznym, dostawcą przesyłek kurierskich i ulotkarzem. Wbrew pozorom nie ma na imię Krzysztof - jak twierdzi, rodzice skrzywdzili go, nadając mu nietypowe, charakterystyczne imię.

- Możesz zmienić imię - mówię.

- Mogę, ale po co?

Kris nie wierzy w żadną nadrzędną siłę, która miałaby kierować ludzkim zachowaniem. Nie wierząc, czuje, że jego życie ma sens.

- Jeśli przyjmiemy, że od Boga rzeczywiście zależy wszystko, że nasza przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są dokładnie zaplanowane to wychodzi na to, że jesteśmy marionetkami w rękach Boga. A to z kolei oznacza, że Bóg jest bezwzględny, uzależniając nas od siebie i nie pozostawiając nam pola do popisu. Skoro miałem ukraść, to ukradłem, skoro miałem zabić, to zabiłem. Dlaczego w takim razie mam zostać potępiony? Nie ogarniam tego.

Nie wierzy, odkąd pamięta. Jego matka - zadeklarowana ateistka - nie zmuszała go ani do niewiary, ani do przyjęcia katolicyzmu ojca. Nie ma chrztu, nie ma bierzmowania, nie chodzi do kościoła. Pacierz zna na wyrywki.

- Na lekcjach religii trzeba było recytować modlitwy na ocenę. Ojcze nasz czy Zdrowaś Mario jeszcze ci powiem, ale z Wierzę w Boga już mam problemy.

- A kolędy znasz? - pytam.

- Cichą noc po angielsku - wybucha śmiechem.

O świętach wie dużo. Zna symbolikę, umiejscawia poszczególne wydarzenia Nowego Testamentu w kalendarzu. Święta obchodził przez piętnaście lat.

- Robiliśmy to dla taty. Była choinka, były prezenty, mama smażyła nawet karpia, choć większość potraw zamawiała w pobliskiej knajpce.

Od śmierci ojca nie obchodzi ani świąt Bożego Narodzenia, ani Wielkiej Nocy. Na ślubach znajomych stara się pozostawać przed kościołem.

- Chodzi o zasadę: nie wierzę - nie pcham się do miejsca kultu wierzących. To tak, jakby niewidomemu kazano chodzić do kina.

Nie czuje się dyskryminowany. W dzieciństwie, dzięki niewierzącej matce, nikt nie zmuszał go do chodzenia do kościoła. Znajomi nie komentują jego niewiary.

- Kiedy mówię, że jestem ateistą, mówią tylko ciche: "aha". Nie pytają nawet o przyczyny. Ludzie do trzydziestki są naprawdę wyrozumiali.

- A jak reagują na twoje poglądy osoby po pięćdziesiątce?

- Z takimi nie rozmawiam. A już na pewno o tym, w co wierzę, a a w co nie. Nikt mnie nie dyskryminuje, żyję sobie obok tych wierzących. Tylko nie ogarniam, w co oni w ogóle wierzą. To takie sprzeczne.

- Objawień też nie ogarniasz?

- Objawienia dają się ogarnąć. Czytałem o tym artykuł. Amerykańscy naukowcy udowodnili, że objawienia są wynikiem źle funkcjonującego mózgu. Rozumiesz? Cudu nie ma - jest choroba psychiczna.

- A cudowne ozdrowienia? - pytam.

- Zbiegi okoliczności albo samoleczenie. Podobno można się wyleczyć silną wolą i wiarą w ozdrowienie.

- A opętania?

- Defekt mózgu?

Szatan traci byt z zasady

Skoro nie ma nadrzędnego wcielenia dobra, nie może według nich istnieć także naczelny reprezentant zła. Istnienie szatana świadczy o niepowodzeniu Boga.

- Gdyby istniał diabeł, nie wszystko zależałoby od Boga. Jeśli Bóg jest wszechmogący, może zniszczyć szatana. Jeśli szatan też jest wszechmogący, wszystko jest bez sensu, bo w ich walce zawsze będzie remis - rzuca argumentami Kris.

- Szatan? Teoria powstania świata, którą uznaję, nie uwzględnia powstania piekła. Nie ma żadnego diabła, są tylko źli ludzie, stworzeni na dodatek na podobieństwo Boga - dodaje Michał.

Kasia zaczyna się irytować.

- Niebo? Piekło? Zamiast się nad tym zastanawiać, starajmy się po prostu nie krzywdzić drugiego człowieka. To recepta na szczęście - mówi.

***

Nie wierzą, żyjąc w katolickim kraju. Jeśli ktoś ich dyskryminuje, są to reprezentanci "starszego pokolenia". Czują się obco nie dlatego, że jako nieliczni nie mają nadrzędnego "kogoś", kto miałby wysłuchiwać ich próśb, ale dlatego, że jako jedni z niewielu dostrzegają paradoksy wiary. Nie czują się ani lepsi, ani gorsi - takie szufladkowanie dyskryminowałoby jedną ze stron. Czują się inni - nie muszą się hamować ze strachu przed złą oceną "Nadsiły", mogą sami poznać kategorie dobra i zła.

- Czuję się wyzwolony - podsumowuje Kris. - Ogarniam to.