Pod patronatem kulturaonline.pl
Jesteś w: Strona główna > Artykuły > KREATYWNI: Ewa Małopolska, Canes Venatici

KREATYWNI: Ewa Małopolska, Canes Venatici

2011-03-31 mra
I jeszcze jedna praca nagrodzona w marcu w konkursie KREATYWNI. Autorką opowiadania jest 25-letnia Ewa Małopolska.
  • Przypominamy, że - zgodnie z regulaminem konkursu KREATYWNI - najlepsza praca roku zostanie wyłoniona podczas plebiscytu internetowego, który będzie miał miejsce od 1 do 30 kwietnia 2011 roku. Kto zostanie szczęśliwym posiadaczem laptopa, dowiemy się w maju.
CANES VENATICI

.html

Ziemia stała wtedy jeszcze cała w ciszy, łysa, z gór widać było, jak świeci pomiędzy chochołami drzew żółtobrązową skórą. Wiosna kudliła się od czasu do czasu śniegiem, leciał z niej puch jak z dorodnej kaczki albo jak kępy sierści z psa. W takie dni powietrze stygło, ale kiedy brało się oddech, pod nosem czuć było ciepło, inaczej, niż w lutym, kiedy mróz zakrywał dziurki w nosie lodowatym szkiełkiem.

Lewy pamiętał, że Sylwia rozczochrywała przed spaniem włosy. Zsuwała wstążkę i chwytała w dłonie gęste snopy, zaczesując zielonym grzebieniem na dwie strony jak koszoną trawę. Pamiętał, że ostatniego lata wyblakły całkiem, zima widocznie zdążyła tylko odrobinę ugłaskać je puchatą, wełnianą czapką - może zawsze będą już takie? Szorstkie jak drucianka, spieczone słońcem i gorącym wiatrem. Może za długo to wszystko już trwa?

Pamiętał dobrze tę noc, kiedy Sylwia spojrzała na niego, uśmiechnęła się bezradnie i powiedziała:
- Cóż można zrobić z takim czasem? - wsunęła nogi w śpiwór i zwinęła się wraz z nim w kłębek. Mówiła, że czas robi się coraz bardziej pękaty i że teraz już nie będzie spokojnie. - Powietrze stoi. Świat też. Wszystko zawisło i teraz szykuje się, gromadzi.

Nie wiadomo co się stanie, kiedy zgromadzi już dostatecznie dużo, kiedy przestanie w sobie mieścić. W jaki sposób wyleje się na świat.

- Jestem już trochę zmęczona - odezwała się jeszcze przed snem, jakby chciała się wytłumaczyć ze swojej obojętności, z własnej niemocy. Z tych lekko wykrzywionych w uśmiechu ust i twarzy oblanej rumieńcem, z tego, że nic nie może zrobić z nadchodzącą burzą, że zimuje jeszcze, jak góry porośnięte na szczytach szronem. "Niech się już z tym światem dzieje, co chce."

A świat się rozrastał niewidzialnie, tak wolno, że oko ludzkie nie widziało. I pękała na nim stara, gruba skóra, milimetr po milimetrze tak cicho, że żadne ucho nie słyszało. I potrzebował coraz więcej miejsca.

W tamtym czasie żyło nam się beztrosko i dobrze, choć zimno wdzierało się każdą szczeliną do wnętrza naszych ciał i herbatę piliśmy rano w skórzanych rękawicach jak foki. Lewy lubił przyglądać się uśmiechniętym ludziom, którzy wypełniali wtedy przestrzeń wokół niego swoim ciepłym oddechem. Godzinami siedział pod ścianą, w milczeniu i w prawie zupełnym bezruchu, ale gdy spojrzało się na niego ukradkiem, wciąż można było dostrzec ten jego nieustannie pulsujący fragment, jakby gdzieś w środku, podskórnie, coś stale wyrywało się w nim do drogi. Może jej niedawne wspomnienie - łudziłem się - jakoś nie może się w nim jeszcze uspokoić. Czasem przysiadał razem z nami wzdłuż kuchennej ławy i dzień aż do zmroku upływał nam na rozmowach. Wlewaliśmy w siebie kwaśny rum, przełyk się rozleniwiał i oczy przewracały z boku na bok.

- Dolej mi - mówił - i tak tu siedzimy, to co? Tylko pójść spać by jeszcze można.
- Kto by tam zasnął teraz - polewałem z flaszki do szklanek. - Kilka godzin dnia, to wszystko. Ledwośmy wstali.
Spojrzałem na niego, próbując ocenić, czy to właściwy moment, aby zacząć go urabiać i jakoś tak, niewiele jednak myśląc, rzuciłem:
- Można posiedzieć tutaj z miesiąc czy dwa. Odpocząć. Akurat trochę cieplej się zrobi. A okolica niczego sobie, można się rozejrzeć...
- Ta, tylko co tu robić? Pięć kroków w prawo, w lewo - pociągnął duży łyk - potem las i pastwiska.

Jak się już to wszystko zeszło, to człowiekowi się nawet nosa z chaty wychylać nie chce - w jego głosie słychać było jakieś rozgoryczenie. Zawsze wszystko było dla niego za małe i za blisko. Sądzę, że tylko jedna Sylwia miała dla niego prawdziwą wyrozumiałość. A ja po prostu próbowałem nie roztrząsać. Niecierpliwy człowiek, myślałem, po co go drażnić.

- Ale takiej zimy to u nas nie ma, co? - zawołałem głośno.
- Kominy, ścieki - Staszek przełożył nogi przez ławę. Trzymał w ręce pustą szklankę i bochenek chleba. Nadgryziona piętka zwisała mu spomiędzy zębów jak podeszwa - samochody, fabryki - wybełkotał i odgryzł jej kęs, wsuwając rzeczy na blat stołu. - Zawsze im mniej tego, tym natura lepiej sobie radzi. W mieście przecież rzadko kiedy śnieg leży. A tu? Tu nawet wsi zlokalizować nie można. Nalejcie i częstujcie się towarzysze - dodał.

A Staszka ceniłem za otwartość i pogodne usposobienie. Lubił ludzi i w czasie podróży jego obecność podnosiła na duchu.

- Gospodarz mówił o wsi - odparłem mu wtedy. - Że to kilka dni drogi stąd. Ale to przecież nie jest jedyny dom w okolicy.

Staszek roześmiał się:
- Taka ta okolica obszerna, że nikt tych domów jeszcze na własne oczy nie widział. To ja dziękuję bardzo - pokiwał ręką - dziękuję włóczyć się tu w takie śniegi. Śpię do wiosny - zapowiedział.
- E - skrzywiłem się - gospodarz tam chyba jednak czasem do kogoś zagląda.
- Zagląda, zagląda - na twarzy Lewego pojawił się blady uśmiech. - Sam tego wszystkiego przecież nie pędzi.

- Mnie to się po takich zaspach nie chce nigdzie łazić - westchnął Staszek. - Zresztą - nachylił się i pełnym namaszczenia głosem zaczął wyliczać: - jeść jest, spać jest, wódka jest - jego głos zabarwiał się coraz bardziej donośnym śmiechem. - I to jakiej byście panowie nie chcieli! - huknął na koniec na całą izbę i znów pomachał ręką, jakby chciał te radosne śmiechy szybko przepędzić - no żartuję, żartuję... - Spoważniał i podparł się na łokciu, a po chwili zastanowienia rzekł: - ale jak tylko te mrozy zelżeją...
- Nie prędko zelżeją - wtrącił Lewy.

Odparłem, że droga nie zając, ale on tylko zgarbił się, oparł rękami o blat i zaczął kiwać miarowo nogą pod stołem. Końcem wskazującego palca przepychał okruchy Staśkowego chleba bliżej siebie, w jedno miejsce. Sylwia grzała się jeszcze chwilę przy piecu, z książką ściśniętą między kolanami, wysuwała nad blachę dłonie, to wierzchem, to spodem, a potem ułożyła się ze świeczką wygodnie w kącie chaty i zaczęła czytać od początku przewodnik, który poprzedniego dnia udało się jej wreszcie skończyć.

I tak po zmroku wiotkie światło okien drgało w ciemnościach nocy, a chata dryfowała wśród świata jak we śnie.

Kolejne dni zaczynały się powoli, od herbaty z mlekiem, od trzaskania świeżych, radosnych płomieni w izbie, rześkiej po nocy, w której stary, zmęczony ogień dopalił się i zgasł, pozwalając wystygnąć powietrzu. Potem Sylwia wychodziła przed próg, siadała na ławce i patrzyła w szare, przyprószone śniegiem niebo. Ze Staszkiem siadaliśmy z boku chaty, na pniakach przed drzwiami drewutni, wyciągaliśmy przed siebie nogi i mrużyliśmy oczy.

- Pięknie tu - wzdychała Sylwia. Wspominała o gospodarzu domu i mówiła: - może to nie taki głupi pomysł, tak uciec od ludzi.
Wówczas nie wiedzieliśmy jeszcze, że to nie Sierioża uciekł od ludzi, ale oni go opuścili.
- Może - Lewy przysiadał się do niej i kiwał głową wyrozumiale. - Choć pewnie zależy dokąd.

Wiedzieliśmy to wszyscy i Lewy też musiał wiedzieć, że Sylwia opiera głowę o ścianę domu po to, by grzać się w wyobrażonym słońcu, za którego ciepłem, jak za ciepłem spokojnego miejsca, tęskniła. Że choć tego słońca prawie wcale teraz nie ma, próbuje wychylić do niego swoją twarz i odpocząć. Że gdy wychodzi przed próg, czuje, jakby stała z boku samej siebie i odkładała swoje ciało na ławkę troskliwie, tak jak po długiej podróży ściąga się noszone od miesięcy ubranie. Tkwiąc aż do zmroku w swoim dziwacznym, granatowym półśnie, Sylwia odmakała stopniowo w wielkiej wannie świata i delikatnie odrywała się od swojej skóry, od ciała, które tak długo męcząc się i odczuwając ból, przyćmiło myśli i uczucia, stając się sednem jej człowieczeństwa. Lewy wiedział o tym i był cierpliwy. Chodził wokół niej cicho i odganiał spod jej nóg miejscowego psa, zmęczonego długotrwałym bezruchem.

- Polubił cię ten biały kundel - powiedziałem jej nawet kiedyś - łazi za tobą, jak za jakimś stadem.
- Co się dziwić - odparła. - Kozy mu w zagrodzie zamknęli. Nudzi się.
A do Lewego powiedziała jednego dnia:
- Długo już nie byliśmy w żadnym domu. W żadnym miejscu, które mogłoby być domem na jakiś czas.
Lewy pogłaskał ją wtedy po policzku i poprosił, żeby odpoczywała.

Gospodarz mówił, że pewnie przyszliśmy do domu z diabłami, bo diabły czasem podszeptują drogę, którą wcale nie spodziewalibyśmy się pójść, a potem śmieją się, gdy człowiek nie może wrócić na swój tor. Mijały tygodnie. Czas przedłużał się. A gospodarz zaglądał do nisko sklepionej spiżarni przez malutkie drzwiczki i zacierał ręce:
- Co by tu dziś, co by tu dziś... A może flaszeczkę koniaku? Czy próbowaliście już naszego koniaku?

Miał na imię Sierioża. Był człowiekiem leciwym i jego rozlane na grubych udach ciało wydawało się miękkie. Nabierało objętości z każdą futrzaną kapotą, które ubierał na siebie warstwami w miarę jak ubywało dnia i zdejmował, gdy przybywało. Od lat mieszkał sam. Żona zmarła na chorobę, której nazwy nawet już nie pamiętał, a dzieci nigdy nie było. Otoczył się więc pokaźnym w swej ilości żywym inwentarzem, którego zasoby czyniły gospodarstwo niemal zupełnie samowystarczalnym i pozwoliły swojemu właścicielowi prawie wcale nie opuszczać domu.

Dziwnym trafem gości przyjmował jednak chętnie. Zima była najlepszą do tego porą, bo każdy, kto zdążył przed pierwszym śniegiem przejść przez góry, chętnie zatrzymywał się na parę dni w domu gospodarza, aby odpocząć. Wielu zastawała zima, a głębokie zaspy uniemożliwiały dalszy marsz. Sierioża przysiadał wówczas na zbyt małym w stosunku do swej tuszy krzesełku, rozstawiał szeroko uda, spoglądał przez okno na niebo i mówił:

- Zima już w górach zostanie, to i wy powinniście. Dom jest duży i u mnie gościnę macie. Teraz już nie ma co iść - nachylał się do przodu, zniżał głos i kiwał palcem: - nierozsądnie. Teraz noce są długie i gwiazdy kapryśne. Łatwo pogubić drogę.

Więc nie odchodziliśmy. W pokoju, w którym nocowaliśmy wszyscy razem na piętrowych łóżkach, uwiliśmy sobie wygodne legowisko ze śpiworów i koców. Sylwia wyłożyła nawet na parapet wąskiego okienka swój zielony grzebień, kartonik z ponawlekanymi wsuwkami do włosów i małe, białe pudełko, w którym trzymała różne pożyteczne drobiazgi: igłę i nitkę, dwie agrafki, tabletki od bólu głowy, scyzoryk i plaster opatrunkowy.

I tak upływał wieczór i poranek każdego kolejnego dnia.

Kiedy zapadał wieczór, Sierioża zapalał w izbie naftową lampę i przyjemne światło oblewało dom ciepłym kołem.

- Sieriożka, chodź, napijesz się z nami - wołał do zgarbionych pleców Staszek. - Chodź, chodź.
- A wieje tam, że głowę chce urwać - mówiła Sylwia ściągając z siebie kurtkę.
- To i dla ciebie kropelka. Na rozgrzanie - śmialiśmy się.
- Ej, wy to tak tylko pijecie i pijecie... A tam niebo czyste. Wszystko z niego zmiotło. Jak tak dalej pójdzie, to i gwiazdy zdmuchnie.

To był jeden z tych dni, które utwierdzały mnie w przekonaniu, że tym razem będzie inaczej. Że wszystko się zmieni. Że może zaczniemy myśleć o powrocie do domu albo że to jest właśnie to miejsce, którego Lewy szukał z takim zapałem i niecierpliwością od lat i że może tu pozostanie. Spokojny i wyciszony. Uśmiechnięty, jakby to coś, co paliło go pod skórą, zupełnie już w nim wygasło.

Czas jednak płynął i z końcem lutego Sylwia zauważyła, że dzień się przedłużył, że na dobre zaczął rozpychać się łokciami na świecie i że góry, na które spogląda każdego ranka przed chatą, snują już zapach nieco inny, przepełniony odwilżą jak siarką, obcy.
- Wszystko zmienia się - powiedziała. - Wygląda inaczej niż zimą.

Ale Gończe Psy wraz z gwiazdami wypłynęły na niebo i gospodarz mówił:
- Poczekajcie jeszcze. Niech zagrzeją miejsce nad lasem.

Bo gdy Gończe Psy wysuwają ogony zza gór, zaczyna się na świecie czas zamieci. I opowiadał nam taką historię:

- W zeszłym roku, o tej porze, gdy wiatry zdmuchują łatwo Psy z nieboskłonu, było u mnie dwoje ludzi. Obaj rozsądni, wódki pili tyle co z naparstka. Ale mieli przyjaciela, wspominali mi o tym, który pił zbyt dużo i chyba nawet nie tyle, że pił, co brał coś. Raz ktoś zrobił mu kawał. Rękami o tak - wyprostował kończyny w łokciach i ułożył równolegle dłonie, jakby trzymał pomiędzy nimi prostokątne pudło - udali, że zakładają mu na głowę akwarium. I że on go nie widzi, bo ono jest ze szkła. Biedny, uwierzył w swoim amoku i zwariował, bo szklane pudełko nie chciało się z głowy zdjąć ani nawet rozbić, gdy uderzał łbem o kanciaste przedmioty. W końcu rozłupał sobie na nich głowę i krew sikła. A może też udusił się, bo myślał, że w szklanej bryle brakło już powietrza. Ano widzicie, odpowiedziałem, tak i tu zamieć potrafi mylić człowieka i zdusić go jednym palcem - wyciągnął przed siebie kciuk - jednym palcem.

- Teraz już spieszy ci się - powiedziała to do niego tego dnia, gdy świat zrzucać zaczął z siebie białą sierść i wiadomo było, że to już. Że wylewa się na niego czas spęczniały.

I Lewemu spieszyło się. Jak zbiera się w człowieku ten niepokój, którego nie da się znieść.
Gospodarz śpi w dziennej izbie, wypełniając swoim ciałem świat jak grudą zwaloną na stole. Podłogę zachlapał błotem i wódką, zegar tykał w mroku.

- Sieriożka - Lewy trąca go ręką - Sierioża - szepcze.
Gospodarz podnosi swój wielki łeb znad stołu, patrzy zapuchniętymi oczyma. Nie wiadomo: obudził się, czy tylko swój sen wielkim łbem popycha.
- Sieriożka, wskażcie mi, proszę, którędy na dolinę?

- W dół. W dół prosto - mówi gospodarz, ale już nie ten, który uciekł od ludzi, lecz ten, którego ludzie opuścili, nie ten, któremu żona zmarła na zapomnianą chorobę, lecz ten, od którego żona uciekła jak od sennego koszmaru i nie ten, który nigdy nie miał dzieci, lecz ten, któremu dzieci pomarły. Który ma już głowę konia, a nie poczciwie rozczochraną czuprynę i nalaną twarz. Ten nie mówi już: "jeszcze nie idź nigdzie", ale w zapomnieniu swoim odpowiada: - w dół, w dół prosto. Jakby zepchnąć człowieka ze szczytu, tak by na tę dolinę i na te chaty spadł - do wiru w kominie.

Lewy puszcza końską głowę Sierioży, kładzie ją na stole i Sierioża znów zmienia się w pijaniutkiego, bezdzietnego poczciwca o przychylnych światu oczach, którego cierpliwe czekanie na lepszy czas wypełza w wieczność: dopóki świt się na świecie nie zrobi i kosmos na zawsze nie stanie.

Sylwia budzi się w środku nocy i skrzypi pod nią wysokie łóżko. Podnosi się z brzucha w samej koszuli i przysiada udami na rozsuniętych piętach. Kręgosłup wygina się w łuk, Sylwia pochyla ramiona, przygarbiona zapada się w siebie i z otwartymi ustami długo siedzi wśród małych przedmiotów: zielonego grzebienia, kartonu z wsuwkami, igły i nici, agrafek, tabletek na ból głowy, scyzoryka i opatrunkowego plastra. Lewego nie ma obok. Pakuje więc do worka zielony grzebień, kartonik ze wsuwkami i białe pudełko pełne szpargałów. Wsuwa na nogi spodnie i buty, wsuwa przez głowę bluzę z kapturem i ciemny sweter. Nikogo nie budzi. Nikogo o nic nie pyta. Opatula głowę i szyję szalikiem, zatapia w poplamioną i zużytą kurtkę swoje ciało. Zakłada na ramiona plecak i bez słowa opuszcza mały świat z potężną grudą ciała Sierioży na kuchennym stole i ze śpiącymi wędrowcami, którzy oddychają lekko, bo na chwilę przestali być tym, kim są, kim będą zawsze - dokąd przyjdzie im wstawać w środku nocy do drogi. Patrzy na zwalistą bryłę, o końskiej głowie i rękach wyrzuconych naprzód, "mógł niedługo umrzeć - myśli - na co ci było, Lewy, znowu tak się spieszyć?" - na ten koński łeb, który i Lewemu się czasem wydłuża, na te wielkie oczy zwierzęcia, które mu się czasem na świat wybałuszają.

Więc idzie za Lewym, opuszcza mały świat z tykającym zegarem i psem tak białym, że ginie z oczu wśród śniegu, a nocą czuwa w świetle gwiazd przy oknie i wypada mu spomiędzy sierści niebieskawe światło. I wychodzi na świat wielki, który nocą pędzi po czarnym niebie jasne gwiazdy. Idzie za Lewym i pozwala, aby ten sam wiatr, który zdmuchiwał z horyzontu Gończe Psy, który jego zdmuchnął, zepchnął i ją z krawędzi łąki, zepchnął w las, gdzie gwiazdy wpatrujące się w nią dotąd jak w ikonę, zaczynają na zmianę przymykać i otwierać swoje oczy...